NAJLEPSZE KSIĄŻKI, KTÓRE PRZECZYTAŁAM W 2020 ROKU

Rok 2020 zamknęłam wynikiem 57 przeczytanych książek. Większość z nich oceniam jako takie sobie, kilka jako totalne gnioty. Na szczęście wśród wszystkich lektur, z którymi miałam styczność w zeszłym roku znalazło się 10, które z największą przyjemnością będę polecać innym dalej. Oto one!

 

PETRA HULOVÁ, Macocha

Zdecydowanie mój numer jeden wśród książek przeczytanych w 2020 roku. Język, prawie jak u Jelinek. Styl, który od pierwszych stron porywa i zaprasza do tańca. Choć jeśli myślicie, że pójdziecie razem w tango, to w sumie dużo się nie pomylicie. W tym rozdaniu prowadzi Hulova i robi to tak, że trochę nie możecie wyswobodzić się z jej objęcia, a trochę bolą Was podeptane palce. Raz, dwa trzy i jesteście już poza swoją strefą komfortu, a razem z Wami bohaterka „Macochy”, która z bezpiecznej przystani swojego prywatnego balkonu wygłasza to, co siedzi w jej – a potem okaże się, że może też w Waszej – głowie. Jak dla mnie książka wybitna!

„Kiedy się napiję, jestem najtrzeźwiejsza”.

„Najcenniejsze rzeczy przybierają zwykle szarą formę bylejakości. Jakby nie były zupełnie nic warte, choć są warte właśnie wszystko”.


 

 

EMILIE PINE, O tym się nie mówi

Zbiór esejów o kobiecości i wszystkim, co z nią związane: cielesności, okresie, ciąży (lub raczej jej braku), przemocy, dojrzewaniu. Niby oczywistości, a jednak podane w sposób, który daje do myślenia.

To bardzo osobiste, przypominające miejscami formę pamiętnika, zwierzenia autorki. Nie zniechęcajcie się słabym początkiem, później jest o wiele lepiej.

 

 

 

 


ALENA MORNŠTAJNOVÀ, Hana

Połowa lat 50. XX wieku, Mira ma dziewięć lat i w wyniku szalejącej choroby zakaźnej traci większość swojej rodziny. Trafia pod opiekę Hany, ciotki, o której wiadomo tyle, że lubi czarne swetry i lubi skórki od chleba… Wspaniale skonstruowana, wielowątkowa powieść o miłości, śmierci, strachu, a to wszystko z wojną i obozem koncentracyjnym w tle. Cudowna lektura!

Od wydawcy: „Mikrokosmosem codzienności zdaje się rządzić ślepy traf. Niewysłany na czas list, złamany zakaz, ciastka kupione w nieodpowiednim momencie – jakie byłoby życie bohaterów, gdyby choć jeden element tej układanki wyglądał inaczej?”.

 

 


 

EWA WINNICKA, Był sobie chłopczyk

Luty 2010. Okolice stawu rybnego „Mewa” w Cieszynie. To tu od kilku dni dryfuje ciało 2-letniego chłopca, którego nie sposób zidentyfikować. Nikt onim nie mówi, nikt koło niego nie mieszka, nikt go nie szuka… Ewa Winnicka wraca do śledztwa sprzed lat, by obnażyć luki systemu prawnego w naszym kraju („Dwulatek w Polsce nie jest bytem oczywistym”) i ocalić bezimiennego chłopca od zapomnienia.

Skupienie na detalu, chłodny, urzędowy język reportażu potęgują opisywane wydarzenia, stawiając czytelnika w roli świadka śledztwa. W jednym momencie czujesz, że siedzisz w tym samym dużym pokoju, co Jarosław i Beata, i widzisz, jak znęcają się nad swoim dwuletnim synem, za to, że znowu płacze, a tak poza tym, to po raz kolejny zesrał się w pieluchę. Czy są to wystarczające powody, żeby kilkunastomiesięcznego chłopca skatować? Małżeństwo z Będzina co do tego jest dość zgodne.

Całą recenzję zamieściłam tutaj.

 


 

CEZARY ŁAZAREWICZ,  Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

„O takich historiach czyta się w książkach, dopóki człowiek się o nie nie otrze” L. Uriaż-Grabowska.

14 maja 1983, „to ostatni dzień z przyszłością w dziewiętnastoletnim życiu Grzegorza Przemyka”. Dwa dni wcześniej zostanie z pozytywnym skutkiem skatowany przez trzech milicjantów, rezydujących od poniedziałku do piątku na komisariacie przy Jezuickiej 1/3.

Tylko rób tak, żeby nie było dziecka, pisał Bursa. (Tylko) bij tak, żeby nie było śladów, powtarza za zomowcami Cezary Łazarewicz, wracając do sprawy Przemyka, sprzed ponad trzydziestu lat. Kim był chłopak, który na swoim pogrzebie zebrał 20-tysięczną publiczność. I dlaczego z jego jamy brzusznej zrobiono coś, na widok czego operujący go lekarz miał ochotę jedynie zemdleć? Na te i inne pytania w swojej 300-stronicowej przeprawie przez historię stara się odpowiedzieć Łazarewicz, oddając głos tym, którzy do tej pory go nie mieli.

 


 

 

LARS BERGE, Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

W Szwecji, gdzie wilków jest stosunkowo mało, a lasów dużo, przeciętny rewir watahy wynosi około tysiąca km2. W Kolmården wilki miały wybieg o powierzchni 6400m2, dla porównania: jeśli za naturalne środowisko wilków wzięlibyśmy boisko piłkarskie, wybieg w Kolmården miałby wielkość kartki A4”.

Lars Berge napisał książkę, którą polecam wszystkim znajomym, wciskając im swój egzemplarz ze słowami: masz i czytaj! „Dobry wilk” to świetnie napisany reportaż o wypadku, jaki miał miejsce w szwedzkim zoo, kiedy wilki zaatakowały Karolinę, swoją opiekunkę. To jednak nie tylko rzetelne śledztwo dziennikarskie dotyczące śmierci jednej z pracownic zoo, ale też próba odpowiedzi na pytanie o etyczność świata, w którym zwierzętami rządzi człowiek, a nie natura. Gorąco polecam!


 

WITOLD SZABŁOWSKI, Jak nakarmić dyktatora

Reporter przez ponad 4 lata jeździł po świecie i szukał kucharzy: Idi Amina, Saddama Husajna, Envera Hodży, Fidela Castro i Pol Pota. Co o historii naszych dziejów powiedzieli ci, którzy gotowali w jej kluczowych momentach? O tym dowiecie się z książki Szabłowskiego. Powiem tylko, że sięgałam po tę lekturę z obojętnością: przywódcy i kuchnia – boże, to nie może mnie zainteresować. Kończyłam ją już jednak w zupełnie innym nastroju, pochłonięta treścią do reszty, jakbym uczestniczyła w oglądaniu najbardziej emocjonującego serialu w TV.

„Ci kucharze mieli najdziwniejszą pracę na świecie. Codziennie gotowali śniadanie, obiad i kolację tak, jakby Saddam tam był (…) A wieczorem wszystko, co ugotowali, wyrzucali na śmietnik. Saddam po to wybudował tak wiele pałaców, żeby nikt nigdy się nie dowiedział, w którym akurat się zatrzymał. Mógł być w każdym z nich. Dlatego w każdym służba pracowała, jakby tu był”.


 

FILIP SPRINGER, Wanna z kolumnadą

To krajoznawcza podróż po tych wszystkich wielkomiejskich osiedlach, gdzie są bloki z widokiem na bloki; przydrożnych hotelach stylizowanych na starożytne pałace oraz centrach miast, w których baner goni baner.

Powiem krótko: jest to lektura wybitna, wspaniała. Zarówno pod względem samej tematyki, jak i uczty językowej. Niedawno wyszło wznowione po 7 latach wydanie i jest prawie 2 razy dłuższe, niż to z 2013 roku.

  • „Na przedmieściach powstają idylliczne z nazwy osiedla. Ciszy i spokoju nie starcza tu dla wszystkich. Idylla ma tam 3-letni okres ważności”.
  • „(…) tłumaczył, że z daleka nic nie będzie widać. Nie mówił, co zrobić z oczami, gdy podejdzie się bliżej”.

Całą recenzję zamieściłam tutaj.

 


JOANNA BATOR, Gorzko, gorzko

Joanna Bator wraca na Dolny Śląsk, by opowiedzieć własną historię emancypacji – rozpisuje ją na cztery fikcyjne postaci. Gubi ścieżki, zaciera ślady, łączy ze sobą i rozdziela bohaterów, bywa świadkiem wielkiej radości i wielkiej rozpaczy. Tworzy świat, w którym każda z bohaterek łaknie wolności, choć wolność w „Gorzko, gorzko” jest uczuciem, które zniewala jeszcze bardziej niż jej brak – nie pozwala się wzbić.

Saga na ponad sześćset stron: o strachu, złości, wstręcie i nadziei, której esencją jest ten cytat: „W życiu nie ma przedtem ani potem. Nie ma również teraz. Teraz nie ma najbardziej. Jest raczej wszystko naraz to, co było, co jest i co będzie, splecione jak w warkoczu, którego nie da się już rozsupłać”.

 


 

MIRA MARCINÓW, Bezmatek

Kiedy czytam dobrą książkę, chcę mówić o niej całemu światu! Tak jest właśnie z książką „Bezmatek”, w której Mira Marcinów pisze o żałobie po śmierci matki. Nie żeby nikt nie robił juz tego przed nią –  kto nie zna dzieła „Matka odchodzi” Różewicza, niech szybko to zmienia – ale nikt do tej pory nie zrobił tego w taki sposób. Tak szczerze, przejmująco, prawdziwie.

Marcinów pisze: „Ulegać matce, zaprzyjaźniać się z matką – to słaby interes. Umrze przed nami. Zostawi, zrani, odejdzie”, a potem wyskakuje z „listą pięciu rzeczy, które warto zrobić z umierającą na raka matką” i ja już wiem, że pokocham tę książkę całym sercem, że o „Bezmatku” będę mówić każdemu, kto wyrazi chęć posłuchania o dobrej literaturze…

Wspaniała, odważna formą, głęboka duchem książka. Po stokroć warto!